05 marca 2026

Realizacje



Dom Handlowy Renoma we Wrocławiu


Rzeźby głów, 2021-2022, dekorujące wnętrza Renomy,
ręcznie formowane z gliny klinkierowej.
Szkliwione i dekorowane złotem ceramicznym









Rzeźby głów umieszczone na elewacji Renomy




Z cyklu Dżungla, 2002-2003
ręcznie formowane z porcelany angobowanej i malowanej,
szkło barwione, 120×100 cm każda kompozycja







Wybrane dzieła znajdujące się
w przestrzeni publicznej do obejrzenia w albumie


04 marca 2026

Teksty o sztuce



2026
Inspiracje

Gdy świat traci równowagę i pogrąża się w niepokoju, instynktownie szukam miejsc, w których czas płynie wolniej, a codzienność odzyskuje sens… To taka moja przestrzeń ciszy, światła i harmonii na oceanie wyobraźni. Szukam sensu w zwykłych przedmiotach, które – świadomie komponowane – dają poczucie bezpieczeństwa, wyciszenia, ukojenia.

Moje obrazy są jak książki, które czytam namiętnie. Każdy ma własny świat i własną atmosferę. Literatura, piękne słowa i ich gra są moją wielką inspiracją. W nowych miejscach, pokojach czy plenerowych pracowniach, natychmiast staram się oswoić te często anonimowe przestrzenie. Poprzez kilka moich przedmiotów-fetyszy, udrapowanych kolorowych sari, personalizuję je tak, aby powoli sączyła się twórcza, inspirująca atmosfera „mojej bajki”. Taki kolorowy laserunek harmonii… poza moim domem, Pola

2025

Kontynuacja

Kreuję taki świat mojej wyobraźni, który pozwala oderwać się od rzeczywistości. Lubię przedstawiać ukryte znaczenie rzeczy, ich magię i alegorie, Pola. Jeszcze do 22 października odbywa się znakomita wystawa Kontynuacja wyjątkowej Artystki – Poli w Pałacu Hatzfeldtów. Piękna aranżacja obrazów i rzeźb – dzieł, jakie rzadko można obejrzeć we współczesnych galeriach. Sentymentalna podróż do przeszłości, ale zapewne i w przyszłość, kiedy oryginalność i elegancja były i będą wartością niezbywalną. Ekspozycję można oglądać w Witrynie przy ulicy Wita Stwosza 32 we Wrocławiu, od strony Placu Dominikańskiego, kk



2021
Kobieta spełniona

Czy kobiecość rodzi się wraz z pierwszym pocałunkiem? Pierwszą miłością i pierwszą czerwoną szminką? Własną, nie podkradaną mamie... W meandrach życia szukamy spełnienia w miłości. W namiętności, dotyku i bliskości. W czułości macierzyństwa. W budowaniu bezpiecznego gniazda – Domu, który jest nasz. Szukamy spełnienia w poszukiwaniu twórczej tożsamości, W znalezieniu własnego artystycznego języka. Czasem udaje się zachować balans między przenikającymi się światami. Najlepiej harmonię. Czasem jakaś sfera pochłania inną. Ale zawsze, zawsze dążymy do spełnienia. 

Spełnienie, to niekiedy krótka, niekiedy długa świadomość szczęścia, to dojrzałość. Najważniejsze, by nigdy nie przestawać pragnąć, nie przestawać marzyć... Marzenia przecież się spełniają...
Chorzów



2010
Rzeźba portretowa

Uwielbiam te chwile, kiedy jestem sama w pracowni i – słuchając Mozarta – powoli zanurzam dłonie w czerwonej glinie. Znam ją, wiem, czego od niej mogę chcieć. Wtedy powoli „przychodzą” postaci z ukochanych książek. W pamięci wracają piękni oameni, których widziałam w najodleglejszych zakątkach świata. Tworząc ich twarze z bezkształtnej gliny, jestem naprawdę szczęśliwa, zaklinam je w czułym dotyku. Te rzeźby: Fleur, Noemi, Sophie, Ernest – to moi najlepsi przyjaciele. Znają moje myśli i tajemnice, i wiem, że nie wyszepczą choćby słowa, nigdy i nikomu. Ceramika, to sztuka magiczna, zaskakująca. Zawsze z drżeniem serca uchylam jeszcze gorący piec, aby zobaczyć „czy ogień był dziś łaskawy”. Ale najbardziej lubię, kiedy na moich oczach dokonuje się ten czarodziejski moment, gdy brunatna plama, położona na szkliwie, w ogniu przeradza się w złoto. A moje rzeźby nabierają powagi w swych złotych atrybutach. Wiesz, to takie moje bajki, ale bez nich nie umiem już żyć...
Chorzów



2007
Elżbieta Kościelak – Melancholia

Wystawa Pauliny Melancholia w Galerii Kościelak to zbiór dokonań malarskich i ceramicznych artystki z lat 2004-2007. Powstawały jako rezultat plenerów artystycznych i licznych egzotycznych podróży artystki na Borneo, do Malezji, Afryki czy na Korsykę. Pola uwiecznia miejsca, które rozświetlone są słońcem, mienią się feerią kolorów i są odległe od kultury krajów Europy Północnej czy Zachodniej. To prace niezwykle sensualne, nasycone barwą, uczuciem, zapachem. Mimo różnic kulturowych, zawsze mówią o człowieku, o jego tęsknotach, marzeniach. Bohaterką tego rajskiego świata jest zazwyczaj kobieta – tajemnicza, marzycielska, piękna i ulotna. To właśnie gra między jawą i snem buduje nastrój prac Poli. Jej świat zamieszkują egzotyczne zwierzęta, ptaki i rośliny, które są zaskakująco bliskie nam wszystkim. 

Wchodząc w świat baśni, odnajdujemy w niej własne sny i marzenia z Księgi tysiąca i jednej nocy. Pod względem formalnym, prace realizowane są unikatowymi technikami autorskimi na papierze, który artystka przywozi z odwiedzanych egzotycznych miejsc, lub w technikach ceramicznych, łączonych ze szkłem barwionym. Za lekkością i finezją ekspresji obrazu kryje się perfekcja technologiczna, ciekawość eksperymentowania i łączenia technik artystycznych.
Świat marzeń staje się światem realnym, dotykalnym, prawdziwym. Jest okruchem marzenia, które możemy dotknąć...



2006
Barbara Banaś – Festiwal Ognia Polonia 3×4, Arrasate-Mondragón*

Pola Ziemba jest artystką o rozległych zainteresowaniach; spełnia się zarówno w malarstwie, jak i ceramice. Nieobce są jej doświadczenia rzeźbiarskie, eksperymentuje również z szklanymi tworzywami. Jej twórczość jest niewątpliwie odbiciem osobowości – radosny i żywiołowy kolor odpowiada optymistycznej życiowej postawie, dbałość o wyrazistość szczegółów i literacki charakter wielu jej prac zdradzają pasję poznawania i poszukiwanie wciąż nowych doznań. Artystka zwierza się w katalogu ostatniej swojej wystawy ...bez podróży byłabym smutna, jak zamknięty ptak w klatce. Ta wielość nowych doznań, smaków, barw zapada w pamięć. Kolor skóry młodej kobiety, zapach cytryn i pomarańczy, rosnących jak nasze jabłonie, z pozoru zwykłe przedmioty, składają się potem na moje własne opowiadanie o miejscach, w których byłam. Jedno z takich właśnie opowiadań prezentuje artystka na obecnej wystawie. Krótka historia umarłej miłości to cykl ośmiu ceramicznych kafli, przytwierdzonych do błękitnych szuflad. Są niczym ilustracje miłosnych listów, które bezpiecznie spoczywają na dnie biurka, oplecione aksamitną tasiemką, przesiąknięte zapachem perfum. Mimo że jest to opowieść o umarłej miłości, o uczuciu, które odeszło, nie jest utrzymanym w pastelowych tonacjach sentymentalnym wspomnieniem, lecz obrazem pamięci, przepojonym barwną radością tamtych chwil. Bohaterka owej kameralnej opowieści, zmysłowa blondynka, zdaje się wciąż szykować na nadejście ukochanego – bierze kąpiel, czesze włosy, skraca czas oczekiwania, karmiąc psa. W barwnej menażerii, asystujący jej zabiegom uważny widz dostrzeże postać łagodnego tygryska, który z ukrycia zdaje się observarować zakochaną kobietę i w końcu zostaje jednym z jej towarzyszy. W Krótkiej historii…Pola jest przede wszystkim malarką. Delikatna kamionka jest jedynie podobraziem, zaś rolę farb pełni szklany proszek. Artystka chętnie eksperymentuje, łącząc tworzywa ceramiczne i szklane, wytapiając w piecu swoje „obrazki”. Właśnie dzięki zastosowaniu szklanych pudrów i piasków uzyskuje tę niezwykłą barwność, która przyciąga wzrok każdego widza.



2004
Notatki z podróży

Uwielbiam podróże. Sycę się widokiem pinii, palm i eukaliptusów. Innym kolorem słońca, nasyconymi barwami ziemi, refleksami światła na lazurowym morzu. Inspiruje ukochana antyczna rzeźba i architektura. Wiem, że bez podróży byłabym smutna, jak zamknięty ptak w klatce. Ta wielość nowych doznań, smaków, barw zapada w pamięć. Kolor skóry młodej kobiety, zapach cytryn i pomarańczy, rosnących jak nasze jabłonie, z pozoru zwykłe przedmioty, składają się potem na moje własne opowiadanie o miejscach, w których byłam. Ale tak naprawdę light motivem, powracającym jak obsesja ostatniego czasu, jest fragment wiersza Cz. Miłosza: Campo di Fiori
          W Rzymie na Campo di Fiori
          Kosze oliwek i cytryn,
          Bruk opryskany winem i odłamkami kwiatów.
          Różowe owoce morza
          Sypią na stoły przekupnie,
          Naręcza ciemnych winogron
          Padają na puch brzoskwini...
W tym wierszu, jak w życiu, barwność miesza się z okrucieństwem świata. Także je czuję, doznaję i przeraża mnie ono. I dlatego moją odpowiedzią są rzeźby, będące opowiadaniami o miłości, i harmonijne, spokojne obrazy, pełne zaczarowanych przedmiotów... Bo tam, za błękitną kotarką, gdzie stoi porcelanowy konik, zaczyna się Arkadia, moja Arkadia. Jeśli chcesz tu wejść, zapraszam.
Bolesławiec



2003
Katarzyna Żak – Międzynarodowy Plener Ceramiczno-Rzeźbiarski*

Artystka, tocząc wewnętrzny dialog z materią, niejako czarując ją, wydobywa z niej tylko sobie znane właściwości. Humanistyczne aspekty, połączone z wrażliwością malarską i szacunkiem do gliny, składają się na wielką niekończącą się metaforę, w której forma odnajduje po kolei muzykę, taniec, zmysłowość, wreszcie miłość. 

Uczucia, które trwają, ale też przemijają, jak pory roku, tyle że bezpowrotnie znajdują ujście w rzeźbiarskich formach.
Bolesławiec



2000
Zofia Gebhard – Rzeźba i malarstwo w ceramice*

Już jej dyplom z ceramiki był otoczony obrazami – kompozycjom ceramicznym towarzyszył aneks z malarstwa. Od tej pory ceramika i malarstwo w twórczości Poli przenikają się coraz bardziej. Malarskość jest dla mnie skojarzeniem odruchowym, kiedy patrzę na jej prace, strojące się w barwy jak kobieta w klejnoty; malarskość rozumiana w takim sensie, w jakim znaczącą bywa każda plama koloru, ważny – każdy akcent. A że jest to sztuka bardzo żywiołowa – i sztuka, i kobieta – zatem kolor musi być pełny, mocny, migotliwy. Inspiracje jej twórczości odczytuję w zmysłowym odczuwaniu świata, ona sama jest próbą przełożenia owych doznań w adekwatną plastyczną formę. Stąd poszukiwanie odpowiednich surowców, faktur, blasków. Kiedyś był to poetycki pejzaż wiodący ku reliefowi nabrzmiałością doklejanych materii, które dopowiadały ciąg dalszy plamie farby, kiedy indziej kłaniająca się totemowi rzeźba, wyzywająca nie tylko drapieżnym kształtem, ale też drapieżnym kolorem, a jeszcze innym razem – szkło w porcelanie, jak obraz w obrazie, jak wizjer prowadzący do wnętrza kalejdoskopu.

W sposób naturalny malarstwo olejne przekształciło się w relief, a następnie w formy przestrzenne, w rzeźbę. W równie naturalny sposób nastąpił wybór tworzywa – artystka pozostała wierna glinie ceramicznej, ale w niektórych kompozycjach zestawia ją ze szkłem i dzieje się to w dwojaki sposób: to wprowadza szklany ekran w ażur ceramicznej płyty, to wielobarwne szkło roztapia na jej powierzchni. Tym samym, nadal maluje obrazy: gliną, szkłem, tlenkami metali.

Szanując opór materii i nieuchronność przypadku, narzuconą przez proces wypału, sztuka Poli pozostaje spontaniczna i radosna. Odnoszę wrażenie, że owo specyficzne malarstwo tablicowe jest czymś w rodzaju osobliwych zaklęć, mających utrzymać w nieśmiertelności radość i urodę światła w pejzażu, blasku na wodzie, jaśnienia w powietrzu. Podobnie rzeźba – wydaje mi się być czymś w rodzaju totemu, przedmiotu adoracji, zwłaszcza że bywa umieszczana na specjalnych podestach i kolumnach. I również w rzeźbie nie brakuje malarskich odniesień, czy to tylko wewnętrzny kolor gliny, czy angoba, czy też smugi koloru podkreślające rysy obiektu. A są to obiekty wyraziste, ekspresyjne, sugestywnie działające zarówno jako forma plastyczna jak i kontekstem swoich inspiracji i znaczeń.

Myślę, iż Pola w ceramicznej glinie odnalazła dotyk i cielesność, w szkle – bezcielesność i niedotykalność, a w kolorze – tożsamość.

*  Teksty z katalogów wystaw


 

03 marca 2026

Psi Anioł – opowiadanie


Opowiadanie


Sweet Sue

To była piękna złocista jesień. Ale Mama chodziła bardzo smutna i wciąż płakała. Nie robiła właściwie nic, patrzyła tylko w okno i znów płakała. Sunia czuła, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. Podsłuchała rozmowę Mamy z Ciocią. Kiedyś Sue podsłuchiwała częściej, teraz tylko wtedy, kiedy jej na tym zależało, albo miała w tym swój interes.
– Umarła Babcia – powiedziała Mama do Cioci Iwonki.
– Aaa…, Mama jest smutna, płacze – pomyślała Sunia.
Sue nie zmieniła jednak swojego trybu życia, to znaczy – obficie jadła i zajmowała najlepsze miejsce na kanapie. Niechętnie ją w ogóle opuszczając.
– Spać, mmm..., spać do oporu – myślała leniwie.
Sunia, czyli Sweet Sue była czarno-brązową, podpalaną jamniczką. Zwaną przez Mamę Czekoladką. Sweet Sue miała śmieszne, nieco już wytarte uszy. Jak zamszowa spódnica z lumpeksu. Była psem bardzo inteligentnym, ale jak przystało na jamnika – myślała wyłącznie o sobie. Mało włączała się w życie rodziny, a to co ceniła sobie najbardziej, to święty spokój I łakocie. Miała świetne zdolności aktorskie. Wiedziała, że presja wywierana przez nią na rodzinę, zawsze działa. Czasami symulowała choroby, ale generalnie nic nie mogło zagrozić jej pozycji w domu. Miała już przecież swoje lata.
Sue nie znosiła konkurencji. Właściwie jedyną formą jej aktywności było wyganianie z domu – z dzikim wrzaskiem Dżumy – czarnej kotki oraz jej rozlicznego potomstwa. Dotyczyło to zwłaszcza okolic miski, bowiem łakomstwo było wpisane w codzienne rytuały Sue.
Ale do czasu…
Pewnego dnia Mama przyniosła do domu „małe coś”.




Małe coś

„Małe coś” okazało się małą, czarną kulką na chwiejnych nogach.
– O Boże! – powiedziała Sue. Jak mogli mi to zrobić? Niedoczekanie twoje, już ja ci pokażę, kto tu rządzi! „Małe coś” ufnie pomaszerowało, podnosząc łapki wysoko i kołysząc się na boki, w stronę Sue. Widać chciało się jak najlepiej zaprezentować i nie wiedziało jak jest śmieszne. „Coś” zbliżyło się do Sue, a ona ukazała mu złowieszczo cały garnitur swoich, przyznać trzeba, mocno już pożółkłych zębów. Wydała przy tym potworny bulgot, wydostający się z głębi jamniczych trzewi. Udawała wściekłą hienę.
„Małe coś” nieustraszone, nie rozumiejąc tej agresywnej parady, podniosło łapkę i pacnęło lekko Sue w nos. Tak jak robiło to z własną mamą.
– A wa, wa, wa! – zabulgotała Sue. Jestem jamnikiem, żądam szacunku! A łepek „Małego coś” zniknął w pysku Sue.
– Suniu!! krzyknęła z przerażeniem Mama, podrywając błyskawicznie „coś” na ręce. Nie wolno! To nasz piesek, to maluszek, dziecko. To jest nasza Lola.
– NASZA! O Jezu – wycedziła przez zęby Sue.
– Nigdy! I położyła się w okolicach miski, aby wyraźnie zaznaczyć: „JA tu jem i rządzę”.
Mama zrozumiała, że Sue, która żyła tu sama tyle lat, kochana i hołubiona, nie zaakceptuje tak łatwo małej towarzyszki. Przez całe lata Sue jeździła z Państwem na wakacje, na ferie zimowe, kupowano jej ubranka i lody na plaży. A tu nagle takie coś!
Mama wierzyła jednak, że czas zmieni Sweet Sue, czyli Słodką Sue. Nie wiedziała jednak jeszcze, jak dobra i mądra jest Lola, to „Małe coś”.




Peruka

Lola była maleńką, śliczną suczką rasy yorkshire terier. Miała czarne kręcone loczki, podszyte białym puchem. Bystro patrzyła dwoma „czarnymi guzikami”. Już wtedy miała takie mądre spojrzenie, jak jej mama. Była niezwykle przyjacielska, ale i odważna. Jakby myślała: „Kto może zrobić coś małemu yoreczkowi?”.
Mama zawsze marzyła o takim piesku i teraz, kiedy była strasznie smutna po śmierci Babci, ten piesek był antidotum na jej depresję. Całe dnie Mama całowała Lolę, ubierała, nosiła na rękach. Pilnowała, aby Sue ponownie nie chciała odgryźć Loli głowy. No i bezustannie Lolę czesała. W warkoczyki, kokardeczki, koraliczki. No właśnie – czesała!
Sue nie mogła zrozumieć: „Ile można czesać psa?”. Przecież ona była tylko czasami „polerowana” rękawicą po grzbiecie i głowie. Po uszach nie. Bo już wtedy miała wytarte uszy jak zamszowa spódnica z lumpeksu.
Mama widziała, że ilekroć robi Loli kolejną nową fryzurę, Sue patrzy zazdrośnie i coraz bliżej przysuwa się do Mamy. Dla Loli było oczywiste, że yorki mają kokardki i spinki, i spokojnie czekała na nowy warkoczyk. Tak miała jej mama, babcia i siostry. Psi bracia i ojcowie przeważnie mają grzywki.
Mama, aby złagodzić nieco zazdrość Sue o czesanie i w ogóle o nowe fryzury Loli, uszyła Sue PERUKĘ.
Tak perukę! Z kawałka czarnego, sztucznego futra z długim włosem! To na tył i boki. Grzywka była zrobiona ze skrawka króliczego futra.
Co to była za peruka! Sue wyglądała w niej przepięknie. Krótka grzywka sięgała linii oczu, długie boki elegancko opadały na plecy i uszy. Wyglądała jak Nefretete.
Mama założyła tę perukę Sue i krzyknęła:
– Sue, jak ci pięknie! Tak, ty też masz teraz śliczne włosy.
A Sue siedziała nieruchomo i z dostojeństwem prezentowała swoje nowe oblicze. Wcale nie zdejmowała tego futra z głowy. Siedziała tak godzinami, mrużąc oczy.
Potem nawet zasypiała na siedząco. Byleby tylko w peruce na głowie.
Tak, to był dobry pomysł.




Sylwester

Przyszła zima. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Sue znała ten czas i uwielbiała go. Zwłaszcza przesiadywanie w kuchni. Ciepło, zapachy pieczonego mięsa i pasztetu. No i przecież zawsze coś smakowitego mogło upaść Mamie na podłogę. A wtedy – cap! – zręcznym ruchem znikało w jamniczym pysku.
– Mmm – myślała Sue – uwielbiam to.
Ale jej stosunek do Loli wciąż się nie zmieniał. I pomimo wielu prób Loli zaproszenia do wspólnej zabawy, Sue warczała na nią złowieszczo. Dlatego Mama miała wciąż Lolę na oku. – Nigdy cię nie zaakceptuję, a teraz idę spać – warknęła Sue.
Więc mała Lola sama biegała jak fryga, z kapciem wkoło fotela, lub kazała się komuś gonić. Swoją drogą, czy ktoś próbował złapać uciekającego yorka? Nigdy nie uda się go złapać! Ani to zając, ani wiewiórka.
A po świętach kończył się stary rok i nadchodził sylwester. Sue dobrze wiedziała, że nadchodzi z powodu pojedynczo wystrzeliwanych petard. Znała ten huk i panicznie się go bała. O północy niebo rozbłysnęło tysiącem barwnych świateł.
Huk petard był jednak tak wielki, że Sue dostała ataku histerii. Wybałuszyła oczy i wysunęła jęzor, który jej kompletnie zsiniał. Okropnie dyszała, biegając to tu, to tam.
Mama martwiła się o nią, bo przecież Sue miała chore serce. Wzięła więc oba psy na kolana. Głaszcząc i przemawiając, czule uspakajała je.
Lola nie rozumiała całego tego zamieszania, bowiem na niej huk rozbłyskujących petard nie robił najmniejszego wrażenia.
I wtedy stała się rzecz niebywała! Lola, widząc potworną panikę Sue, wlazła jej na grzbiet przednimi łapkami i mocno ją przytrzymywała. Zaczęła ją lizać, iskać po głowie, karku i po tych wytartych uszach także. Po prostu ją uspokajała.
A Sue leżała jak sparaliżowana hukiem petard i niezwykłą czułością Loli.
Huk petard powoli umilkł, ale od tej nocy Lola i Sue stały się Przyjaciółkami. Zapanował czas wspólnych spacerów, zabawek, miski i ubranek.





Kurczak

To było ciepłe wiosenne popołudnie. Lola i Sue wracały z Tatą ze spaceru. Były na działkach, lubiły to miejsce, bo mogły hasać do woli wśród traw i kwiatów. Miały swój piękny ogród, ale tam nie było psich plotek, a na spacerze chodzi głównie o plotki. No i wiadomo – na działkach nie będzie BOKSERKI – śmiertelnego wroga Sue. Wracały zatem leniwie, gdy nagle, już na ulicy, do psich nosów dobiegł upojny zapach pieczonego mięsa.
– Mmm..., kurczak! W domu jest pieczony kurczak – powiedziała Sue i przyspieszyła kroku.
– Co to jest kurczak? – zapytała Lola.
– Pamiętaj, najlepszy obiad dla psa, jaki jedzą ludzie, to kurczak! Chrząsteczki, pieczone skóry, no i nereczki…
– A co to są nereczki, Sue?
– Pokażę ci, jak zjeść kość też. Mmm, kurczak. Najgorzej jak robią mielone, wtedy nic nie zostaje dla psa.
– Ale przecież Mama dla nas gotuje?
– Tak, ale nic nie zastąpi pieczonego kurczaka, nic.
Niedzielny obiad minął w miłej atmosferze. Na stole oprócz rzeczonego kurczaka były młode ziemniaczki, marchewka i kalafior, ale to psy kompletnie nie interesowało. Choć marchewkę jadały chętnie, lecz nie dziś.
Sue i Lola przebierając łapkami, czekały w napięciu na pierwsze przy stole: „Dziękuję”.
– To hasło, tak, zaraz będzie kurczak dla nas! – Sue popędziła do kuchni, a za nią Lola. Mama sprawiedliwie podzieliła chrząstki i skórki.
A dla Sue była jedna kość.
– Patrz – powiedziała Sue – Możesz zjeść tylko to. Tam – gdzie trzyma Mama – już nie, bo się udławisz. A tu jest nereczka, mmm…
– Daj spróbować! – poprosiła Lola. – Nie! Widziałaś reklamę ciastek? „Nie jesteś gotowa”. Pieski zjadły ze smakiem i oblizywały się apetycznie.
– Sue, pobrudziłam sobie usta – powiedziała Lola.
– To wytrzyj się w firanę – poradziła jej Sue.
Lola posłuchała jej rady – zawzięcie tarzała się w długiej, leżącej na podłodze firanie, wydając z zadowoleniem przeciągłe – aaa…
A Mama dziwiła się: Co ta Lola robi z firaną?
 Z pokoju dobiegł szelest.
– Chodź, otwierają czekoladę! Sue wybiegła z kuchni.
– Czekolada? Co to jest Sue?
– Kiedyś dawali mi czekoladę, często. Ale jakiś doktor w telewizji powiedział, że dla nas to trucizna.
– I już nie dają?
– Nie, ale może wyprosimy!
Niestety, pomimo wymownych nacisków, zwłaszcza Sue, pieski nie zostały poczęstowane czekoladą.




Ubranka

Bywa, że kiedy jest jesienna słota, no i kiedy pada już śnieg, małe pieski marzną. Należy je wtedy ubierać, zwłaszcza na spacer.
Sue miała swoją kurtkę, jesionkę. Zieloną z lamówką w szkocką kratkę, a do tego w komplecie czapeczkę z daszkiem, tak zwany kaszkiet. Ale jej nie lubiła, bo na spacerze śmiały się z niej psy.
Lola miała natomiast sukienkę z polaru, błękitną z pomarańczowym frędzlem na ogonie. Mama zrobiła tę sukienkę z dziecięcej czapki, kupionej w lumpeksie. Lola nosiła ją poprzedniej zimy i kiedy zrobiło się chłodno, Mama chciała w nią ubrać Lolę.
– Co się stało? Skurczyła się? – pytała zniecierpliwiona Mama – Nie można ci jej włożyć, Lolka! Mama próbowała i z tej, i z drugiej strony. Sukienka była dla Loli za-cia-sna.
– Hi, hi – Sue spojrzała z szyderczym uśmiechem na Lolę. Utyłaś!
I rzeczywiście, Loli pięknie urosły włosy, ale urosła też wszerz. Mama żartowała, że są takie podobne do siebie – mają długie, blond włosy i lekkie skłonności to tycia.
Szyderstwo Sue nie było eleganckie, bo co prawda, teraz zeszczuplała, ale był czas, że zwana była w domu „Salcesonką”. Tak była gruba. Jej jamniczy korpus był kompletnie pozbawiony wcięcia w talii.
Ale potem Lola dostała czarną kurtkę po Arice, jamniczce drugiej Babci. Mama obszyła tę kurtkę futrem przy szyi i różowymi ozdobami na plecach. Na ogonie była oczywiście różowa kokardka.
Teraz oba psy miały kurteczki i w paradnych strojach wychodziły na spacery. Ku radości Mamy i mijających je na ulicy ludzi. Były znane w dzielnicy z wyszukanych fryzur i strojów.




Bokserka

Życie psów mijało spokojnie na wspólnej zabawie, jedzeniu i wylegiwaniu się na kanapie. Czasami, ze śmiertelnie poważną miną, chowały przed sobą jakieś smakołyki. Nosząc je w pyskach, wydawały komiczne dźwięki. Z pietyzmem znajdowały jakieś „bezpieczne” miejsce, na przykład za firaną albo w pościeli i tam składały swoje skarby.
Czasami trzeba było przegonić z ogrodu ptaki. Zwłaszcza te, które poiły się w oczku wodnym, lub co gorsza, trzeba było pogonić kota, szczególnie Białasa. Sue robiła to tylko dla pozoru, ale trzeba przyznać, że Lola traktowała to zajęcie nader poważnie.
Jednak tylko jedno stworzenie mogło zburzyć spokój Sue i Loli – Bokserka. Była to bardzo miła, ruda suczka, mieszkająca niedaleko, na sąsiedniej ulicy. Ona też często chodziła na spacery, przeważnie z piłeczką w pysku. Ale kiedy przechodziła obok domu Sue i Loli, oba psy rzucały się z dziką furią. Wytrzeszczały zęby, tupały w bramkę. Harmider i wrzask był zawsze potworny. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się nie znoszą. I trzeba przyznać, że bokserka też nienawistnie szczekała na nasze psy. A była od nich trzy razy większa.
– Sue – zapytała Lola – dlaczego my jej tak nie lubimy?
– Nie wiem, nie pamiętam. Ale tak trzeba. Ty też na nią szczekaj, pamiętaj. Jesteśmy rodziną, a rodzina musi być razem.
– Dobrze! Razem! – odparła Lola. I pobiegła jeszcze do bramki, by dodać, w jej mniemaniu, złowieszcze – wow.
– Ale się zdenerwowałam – powiedziała Sue. Aż mnie serce rozbolało.




Choroba

I rzeczywiście, Sue miała chore serce. Od wielu lat Mama dwa razy dziennie dawała Sue lekarstwa na serce, te które zapisał jej doktor Romkiewicz.
Ale tej jesieni Sue kaszlała coraz bardziej i chudła. Kiedy kaszlała, Lola siedziała jej na plecach przednimi łapkami i iskała ją po uszach. Jak wtedy w sylwestra. Tak dawała wyraz swojej troski, tak po swojemu o nią dbała.
Sue była jednak coraz słabsza. Mama jeździła z nią do doktora raz, drugi. Potem Mama i Tata wozili Sue codziennie na kroplówki. Lola czekała na nią w okienku na schodach. Całe dnie Sue leżała na boku, a obok pilnowała ją Lola i tak dwa tygodnie.
– Sue, kochana, co ci jest? Sue, podnieś się, proszę – mówiła cicho Lola. Ale Sue była już naprawdę ciężko chora, beznadziejnie chora. Czasami tylko odzyskiwała przytomność, piła trochę wody i zasypiała. I zasnęła…
Odeszła we śnie.

Po siedemnastu latach szczęśliwego psiego życia, serce Sue umilkło.

***
Lola była bardzo smutna. Wciąż chodziła na puste posłanie Sue. Zostały przecież wspólne zabawki i kocyk. Chodziła po ogrodzie ścieżkami, które wydeptały wspólnie z Sue. Nie mogła zrozumieć tego nagłego osamotnienia, przecież całe jej małe yorcze życie Sue była przy niej…
– Nie martw się Loluś – powiedziała Mama. Mnie też okropnie żal Sue, ale ona jest już w „psim niebie”, u świętego Franciszka, już nie cierpi.
Tato zawinął Sue w różową poszewkę od poduszki.
Mama ułożyła na niej kwiaty. Su spoczęła w małym grobiku, w pięknym podmiejskim lesie. Pełnym kwitnących kwiatów i rozświetlonym migotliwymi refleksami słońca.
Lola też ją żegnała, bardzo smutna…




Chica z Doliny Baryczy

Dom był taki pusty bez Sue, ale życie powoli zaczęło toczyć się swoim rytmem. Lola siedziała sama w okienku i śledziła psie plotki. Żyła sobie spokojnie i dostatnio. Spacerki, jedzonko, czesanie warkoczyków, drzemki na kanapie. Przyjemna psia nuda. Cudowny niezmącony spokój. Cała rodzina jej nadskakiwała. Wszyscy zachwycali się jej urodą i inteligencją. Bo mądra była bardzo, bezsprzecznie. Aż pewnego dnia Lola podsłuchała, że w domu, na przyjęciu, będą goście.
– A, goście, pomyślała Lola, wspaniale. Jak tak, to będzie dużo jedzenia i da się wyprosić coś dobrego przy stole.
Trzeba przyznać, że Lola stała się ostatnio bardzo łakoma.
To przyjęcie, to urodziny Taty. A jeśli urodziny, to prezent, ale jaki?
Tego Lola nie mogła się spodziewać.

Pewnego dnia Mama, w tajemnicy, pojechała autem za miasto. W umówione miejsce, w Dolinie Baryczy. Była bardzo wczesna wiosna. Przyroda budziła się do życia. Rozliczne ptactwo, zamieszkujące tę piękną dolinę, aktywnie budowało gniazda. Na rozległej łące, w sadzie, spokojnie przechadzały się gniade konie. I radośnie biegały śliczne, rasowe kurki.
Za sadem był duży, stary dom.
– Tak, to tutaj. Jak tu ślicznie – pomyślała Mama.
– Widać, że to szczęśliwy dom… I poszła po umówiony prezent dla Taty.
– Została już tylko ona, bo była najmniejsza. Jej sześciu braci już dawno opuściło gniazdo, silni i grubiutcy. A ona nie ma jeszcze wszystkich ząbków – powiedziała z uśmiechem bardzo miła pani, która otworzyła drzwi Mamie.
– Ojej! Jaka maleńka! – zawołała Mama. Jaka cudna, śliczna!
Miła pani podała Mamie „małe futrzane coś”. Naprawdę małe, mieściło się w dłoni. Było białe z czarnymi uszkami i ogonkiem, i jedną łatą z boku. Miało wielkie czarne oczka i nosek tak mały, że właściwie go nie było. Tylko taki płaski, skórzany guziczek.
– Jaka słodka! Jesteś jak misiu Panda.
A „małe, białe coś”, radośnie poczłapało na grubych łapkach po różowego, szmacianego prosiaczka.
– Bardzo dziękuję, będzie u nas kochana i szczęśliwa, obiecuję – powiedziała Mama. I zabrała „małe coś” do auta, owinięte w miękki kocyk. Razem ze szmacianym prosiaczkiem.
– Jak ją Pani nazwie? – zapytała miła pani na pożegnanie.
– Chica! – odpowiedziała Mama.
– Jej mama ma na imię Mika!
Mama uśmiechnęła się, ucałowała w ucho Mikę i szepnęła: dziękuję ci za twoją śliczna córkę.
Odjechała z Chicą do domu.



Urodziny

Wszystkiego najlepszego, bądź zdrowy i szczęśliwy Kochany.
A to twój prezent! I Mama podała zawiniątko w kocyku Tacie. – Ojej! – żachnął się Tata ze zdziwieniem.
– Co to jest? Postawił „białe, futrzane coś” na podłodze.
Lola zdębiała. Zrobiła gigantyczne oczy, tak jakby cała „się powiększyła”.
– O matko – warknęła Lola.
– Co to jest? To kot? Kot! Nie to małpa!
Zaczęła biegać nerwowo. Z daleka powąchała „coś”.
– Matko, to pies? Nie ma takich psów!
– Lola była bliska załamania. Obraziła się ciężko. Wskoczyła na kanapę, „świat jej się zawalił”. Kątem oka obserwowała „białe coś”, które bardzo nieśmiałe, ze smutną minką, siedziało w pudełku. Oczywiście, z różowym szmacianym prosiaczkiem, zabranym z rodzinnego domu.
Goście zaczęli się powoli schodzić, na urodzinowe przyjęcie Taty.
Mama już od progu, dyskretnie prosiła gości: nie zachwycajcie się tak od razu tą małą. Najpierw Lolą, jest najważniejsza. Nie może czuć się teraz nagle odtrącona. Przecież ją najbardziej kochamy.
I rzeczywiście, goście z atencją witali Lolę pierwszą, głośno podziwiali fryzurę. Podawano małe snacki, które uwielbiła.
Ale Lola miała dziwną minę, jakby „coś śmierdziało”.
Bardzo była zdegustowana. Biały zaś futrzak powoli wychodził z pudełka.
– Nie dam jej swojego łóżeczka, nie dam jedzenia. I niech nie pije wody z mojej miski, bo zwymiotuję – panikowała zazdrosna Lola. Pochoruję się specjalnie i na nią nakaszlę.
– I gdzie „to” będzie spało?! Nie, nie w sypialni. Jest tylko moja i cała dla mnie. Zwłaszcza łóżko! Niech śpi w piwnicy! – denerwowała się Lola.
Przyjęcie bardzo się udało. Zadowoleni goście już poszli. Nastała noc. Mama przytuliła czule Lolę i spokojnie jej tłumaczyła.
– Lolu, kochana, ty jesteś najważniejsza. Ciebie kochamy najbardziej. Podziwiamy, jaka jesteś mądra i piękna. Ale teraz masz „młodszą siostrę”. Polub ją proszę. Bądź dla niej dobra. Będziecie razem szczęśliwsze. Będzie ci z nią weselej.
A pamiętasz, jak tu przyszłaś do nas taka maleńka?
A Słodka Su była dla ciebie niemiła?
A potem ujęłaś ją swoją mądrością, sercem i odwagą…
I stałyście się najlepszymi przyjaciółkami. Kochałaś ją przecież, pamiętasz? – mówiła łagodnie Mama.
Lola westchnęła ciężko.
– Bądź dla niej dobra – prosiła Mama.
– No nie wiem – warknęła Lola.
„Futrzak” płakał czasami w nocy, śpiąc obok Mamy łóżka w posłaniu. Mama przytulała go, głaskała i zasypiał.
Ale nie Lola.
Budziła wszystkich o świcie, paradując prowokacyjnie na łóżku.
– Ha, ha, ha, ale tu nie wejdziesz, nigdy! Jesteś MAŁA!
Lola korzystała jeszcze inaczej z obecności Cicy.
Otóż, jako znany i sprytny łakomczuszek, wymuszała karmienie, że niby dla Chicy. A potem szybko, nie pilnowana, zjadała porcję szczeniaka.
– Szybko widać było tego skutki. Utyła.



Lato

Czas mijał. Biały futrzak rósł, nabierał wigoru i charakteru. Okazał się być nie kotem i nie małpą, a psem rasy shih tzu. Nie był lękliwy. Przeciwnie, prowokował Lolę do zabawy. Tupał nóżkami, podrzucał zabawki lub marchewkę, w zapraszającym geście.
– Baw się! Baw… prosiła Chica.
– Nie, godność psa mi nie pozwala. No i jestem puszysta – odpowiedziała z dumą Lola.
– Puszysta, bawisz się w „oddaj kurito”? – Chica wesoło podrzucała gumowego kurczaka. – Oburzające – bąknęła Lola i pomaszerowała z gracją do domu. Zagryźć kurita! – powtarzała wesoło Chica, rzucając sobie na plecy gumowego kurczaka.
– Tylko dlaczego nie mogę go ugryźć?
– Ale go ugryzę.

Nadeszło upalne lato. Pieski spędzały dużo czasu w ogrodzie. Chica lubiła zwłaszcza penetrować teren wokół oczka wodnego, bo mogła tam gonić pojące się koty i ptaszki, tak jak kiedyś Lola, gdy była mała. Chica przyglądała się też pomarańczowym rybkom.
Mama i Tato czytali coś nieopodal, gdy nagle usłyszeli głębokie – Plum! – Ojej! To Chica skoczyła do wody! – krzyknęła Mama.
A Chicusia z upodobaniem pływała w wodzie…, cała zielona od glonów. Trzeba przyznać, że pływała bardzo elegancko.
– Ty łobuzie zielony! No, ufopiesek po prostu, wyłaź! I Chicusia wyszła…
Z białej, puchatej kulki stała się maleńką, mizerną foczką.
Trzykrotnie straciła z objętości. Widać było tylko te wielkie oczy. To była w ogóle pierwsza w życiu kąpiel Chicy.
– Aha! powiedziała Lola i zaświeciły jej się oczy.
– To ty jesteś takim mikrusem! No to cię złapię i usadzę. I pobiegła pędem za Chicą. Złapała ją, chwyciła ząbkami za kark i chwilę przytrzymała. Uśmiechnięta Chica zniosła to spokojnie. Nie wiadomo dlaczego, ale od tej pory pieski stały się przyjaciółkami. Choć to Lola rządziła i decydowała w każdej psiej sprawie.
– Ostatecznie… mogę się z tobą kumplować. Ale pamiętaj, to ja tu rządzę – powiedziała majestatycznie Lola.
– Dobrze Lolu – odpowiedziała grzecznie Chica.
Mówię, co robimy, gdzie idziemy, z kim się lubimy, a z kim nie. – Dobrze Lolu.
– Jak kogoś napadam, to ty też, bo jesteśmy razem, sforą z jednej rodziny. 
Te słowa były Loli dobrze znane. Tak właśnie mówiła do niej kiedyś słodka Sue.
Cóż… historia się powtarza.
– Lolu, a mogę kąsnąć cię w ucho? – zapytała psotnie Chica.
Pociągnęła lekko dużego psa za ucho, no i zaczęła się radosna „kotłowanina”.



Płask i Szpic

Choć Mama nie przyznawała się do tego oficjalnie, pieski sypiały w łóżku Mamy i Taty. A właściwie noc zaczynały w swoich posłankach, później, nie wiadomo kiedy wskakiwały do łóżka. Bardzo się tam panosząc.
Czasem było już tak ciasno, że trzeba było w półśnie odnaleźć w pieleszach pieska i go przesunąć. Mama szukała ręką głowy. Jeśli były tam spiczaste uszy i nos, to był york, zwany Szpicem. Jeśli zaś długie uszy i płaski nos, to shih tzu, czyli Płask.
– Masz piękny nos Lolu – powiedziała Chica.
– Dziękuję, wiem. Mam prosty nos, Mama mówi, że rzymski.
– A ja jaki mam?
– Ty nie masz wcale, albo jakiś taki… krótki.
– O, krótki to też ładny!
– Nie wiem.
– A ja mam rzymski, krótki! – powiedziała Chica i pobiegła wesoło, powtarzając: rzymski krótki, krótki rzymski, rzymski krótki…
W domu pieski nazywane też były Małym Psem – Chica i Dużym Psem – Lola. Co jest o tyle śmieszne, że oba wszak są małe. Ale to z szacunku do Loli, przewodniczki stada.



Gwiazdy

Lato dojrzewało, potem przyszła słotna jesień. Chica dostała swoją pierwszą kurteczkę. Chabrową z kapturkiem i futerkiem. Lola miała już tę czarną i zieloną jesionkę po Sue.
Mama ubrała Chice kurtkę, ale kaptur zasłonił jej oczka i cały płaski pyszczek.
– Lola, nic nie widzę, weź to! – denerwowała się Chica.
– Ha, ale ci w tym głupio! – śmiała się Lola.
Mama ubrała Lolę.
– Oj, coś się zmniejszyła znowu ta kurteczka – zauważyła ze uśmiechem Mama. Chica skakała po plecach Loli z radością.
– A ty też głupio wyglądasz. Wskurczyłaś tę kurtkę.
– Cicho: powiedziała niezadowolona Lola.
Pieski pomaszerowały na spacer i na zakupy w Złotej Rybce,  renomowanym na osiedlu sklepie dla zwierząt. Wyglądały ślicznie w płaszczykach i warkoczykach z kokardkami.
Kiedyś, gdy nie było jeszcze Chicy, jakaś mała dziewczynka zachwycona widokiem Loli, powiedziała do swojej mamy.
– O, jaka śliczna, taka „dziewczynka piesek”. Lola istotnie miała „ludzką twarz”.
A teraz, na tym spacerze, mały chłopiec, mijając Chicę i Lolę, zauważył: – Jakie piękne pieski, takie…, takie idealne!
Mama uśmiechnęła się i powiedziała do taty dziecka:
– Ma pan niezwykłe mądrego synka.
Pomyślała: Tylko dzieci mają w sobie tyle wrażliwości, by tak pięknie oceniać świat.
Sympatyczna Pani w Złotej Rybce, gdy zobaczyła pieski, zawołała: – Ojej, jakie one cudne, takie eleganckie. Czy mogę im zrobić zdjęcie? Umieszczę je na naszej sklepowej stronie w internecie.
– Bardzo proszę – powiedział zadowolony Tato. I pieski zaczęły pozować do zdjęć.
– Posuń się – powiedziała Lola – bo mi głowę zasłaniasz. Stój, nie umiesz pozować, ja umiem, Mama tak mówi.
– Też umiem, wiesz. Chica patrzyła prosto w obiektyw.
– Weź ogon do góry! – powiedziała Lola. – Zawsze mam do góry – odparła Chica. – Nie do góry tylko w precla, albo świński. – A jaki to jest świński? – Zakręcony.
– O, to też piękny – powiedziała Chica.
– Stójcie pieski grzecznie! Jeszcze raz! Iii… już! Super.
Pani w Złotej Rybce była zachwycona.
– A tu… proszę nagroda za sesję zdjęciową!
Ooo, ummm… – pieski radośnie piszczały. I zjadły ze smakiem po snacku, który dostały od Pani. Następnego dnia na Facebooku ukazały się piękne zdjęcia Loli i Chicy z podpisem: Nasze Gwiazdy. Prawdziwe psie celebrytki.

*** 
Ale gdy pieski wesołe wracały do domu, zdarzyła się naprawdę niebezpieczna sytuacja. Otóż, Lola szła na skraju chodnika, wchodząc i schodząc co raz na jezdnię. Jak na trzynastoletniego yorka wyglądała pięknie, ale miała problemy ze słuchem. Właściwie mało co już słyszała. Nagle z lewej strony nadjechał bardzo szybko srebrny samochód.
– Lola! – krzyknęła Chica. Ale Lola nie usłyszała! Chica więc gwałtownie cofnęła się i szarpnęła za sobą Lolę. Z powrotem na chodnik. Ich smycze były bowiem połączone. Srebrne auto śmignęło z piskiem.
– Lola! Nie widziałaś?
– Nie, dziękuję ci Chicusiu. Miałam nos przy ziemi, niuchałam plotki. Uratowałaś mnie? Dziękuję.
– Nie ma za co.
– Jest. Lola wyraźnie się przestraszyła.
Zdenerwował się też Tato, który mało nie upadł.
– To szaleniec jakiś! Tu nie wolno tak szybko jeździć! – krzyknął Tato.
Po powrocie pieski układały się do snu.
– Lolu, czy ty mnie kochasz?
– Obleci – bąknęła Lola, zwijając się w kłębek.
– Bo ja ciebie to bardzo kocham. Jesteś moją siostrą, prawda? – Cicho, śpię.
– Ja ciebie też kocham – powiedziała po długim namyśle cichutko Lola.



Spacer

Pewnego dnia Tato, jak zwykle, zabrał Lolę na spacer. Chica została w domu, bo miała katar w tym swoim krótkim, rzymskim nosku. Tato zapytał:
– No, którędy chcesz iść?
Lola spojrzała w jedną, potem w drugą stronę. Chwilę się zawahała i pobiegła w stronę ruchliwej ulicy. Biegła beztrosko, gdy wtem, stanęła jak wryta…
Jakiś wewnętrzny głos krzyczał do niej:
– Stój, Stop! Lola, nie idź tam. Stój!!. Stała tak chwilę, zaniepokojona.
Tato lekko ją pociągnął
– Chodź Lola. Ona jednak za nic nie chciała iść dalej, tylko podniosła łapki, aby wziął ją szybko na ręce.
I wtem wprost zza rogu ulicy, którego płot porastał gęsty bluszcz, wybiegła Bokserka! Sama, bez smyczy i kagańca. Wściekła, z pianą na pysku skoczyła w stronę Loli. Bulgocząc nerwowo, krążyła wokół Taty z yorkiem na rękach.
– O Boże, Lola, jakie to szczęście, że podniosłem cię na ręce. Pewnie by cię rozszarpała! Skąd wiedziałaś, że ona przybiegnie?
Lola przerażona patrzyła z góry na rozzłoszczoną bokserkę. Bo przecież czymś innym jest obszczekiwanie wroga przez płot, a zupełnie co innego spotkać go pysk w pysk.




Psi Anioł

– Jak to dobrze Sue, że w porę ostrzegłaś Lolę. Spotkanie bokserki było dla niej naprawdę niebezpieczne.
– Tak, Ciziu. Stale jej pilnuję. Tak jak ty mnie pilnowałaś. Zawsze będę przy Loli – powiedziała Sue.
– A Chica?
– Chicą, też się będę zawsze opiekować, chociaż mnie nie znała. Ale Lola jej opowiedziała, o wszystkim.
– Tak. Psie Aniołki zatrzepotały lekko skrzydełkami. Sue poprawiła sobie nieco przekrzywioną na jedno ucho aureolę. A uszka znów miała piękne, czarne i jedwabiście aksamitne.
– To co, Sue, polecimy zobaczyć, co robią koty?
– Dobrze Ciziu, pogonimy je trochę w ich „kocim niebie”. Zabierzmy też Arikę!
I poleciały, ale tylko na chwileczkę, bo przecież musiały wrócić, aby pilnować Loli i Chicy, na ziemi.




Pamięci moich jamniczek – Cizi i Słodkiej Sue

Pola Ziemba





02 marca 2026

Film o rzeźbach Renomy


Faces of Renoma | Twarze Renomy


Prezentacja rzeźb-głów
Ludzi z czterech stron świata
wewnątrz i na elewacji budynku Domu Handlowego
Renoma we Wrocławiu, Świdnicka 40