Opowiadanie
Sweet Sue
To była piękna złocista jesień. Ale Mama chodziła bardzo smutna i wciąż płakała. Nie robiła właściwie nic, patrzyła tylko w okno i znów płakała. Sunia czuła, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. Podsłuchała rozmowę Mamy z Ciocią. Kiedyś Sue podsłuchiwała częściej, teraz tylko wtedy, kiedy jej na tym zależało, albo miała w tym swój interes.
– Umarła Babcia – powiedziała Mama do Cioci Iwonki.
– Aaa…, Mama jest smutna, płacze – pomyślała Sunia.
Sue nie zmieniła jednak swojego trybu życia, to znaczy – obficie jadła i zajmowała najlepsze miejsce na kanapie. Niechętnie ją w ogóle opuszczając.
– Spać, mmm..., spać do oporu – myślała leniwie.
Sunia, czyli Sweet Sue była czarno-brązową, podpalaną jamniczką. Zwaną przez Mamę „Czekoladką”. Sweet Sue miała śmieszne, nieco już wytarte uszy. Jak zamszowa spódnica z lumpeksu. Była psem bardzo inteligentnym, ale jak przystało na jamnika – myślała wyłącznie o sobie. Mało włączała się w życie rodziny, a to co ceniła sobie najbardziej, to święty spokój I łakocie. Miała świetne zdolności aktorskie. Wiedziała, że presja wywierana przez nią na rodzinę, zawsze działa. Czasami symulowała choroby, ale generalnie nic nie mogło zagrozić jej pozycji w domu. Miała już przecież swoje lata.
Sue nie znosiła konkurencji. Właściwie jedyną formą jej aktywności było wyganianie z domu – z dzikim wrzaskiem Dżumy – czarnej kotki oraz jej rozlicznego potomstwa. Dotyczyło to zwłaszcza okolic miski, bowiem łakomstwo było wpisane w codzienne rytuały Sue.
Ale do czasu…
Pewnego dnia Mama przyniosła do domu „małe coś”.
Małe coś
„Małe coś” okazało się małą, czarną kulką na chwiejnych nogach.
– O Boże! – powiedziała Sue. Jak mogli mi to zrobić? Niedoczekanie twoje, już ja ci pokażę, kto tu rządzi! „Małe coś” ufnie pomaszerowało, podnosząc łapki wysoko i kołysząc się na boki, w stronę Sue. Widać chciało się jak najlepiej zaprezentować i nie wiedziało jak jest śmieszne. „Coś” zbliżyło się do Sue, a ona ukazała mu złowieszczo cały garnitur swoich, przyznać trzeba, mocno już pożółkłych zębów. Wydała przy tym potworny bulgot, wydostający się z głębi jamniczych trzewi. Udawała wściekłą hienę.
„Małe coś” nieustraszone, nie rozumiejąc tej agresywnej parady, podniosło łapkę i pacnęło lekko Sue w nos. Tak jak robiło to z własną mamą.
– A wa, wa, wa! – zabulgotała Sue. Jestem jamnikiem, żądam szacunku! A łepek „Małego coś” zniknął w pysku Sue.
– Suniu!! krzyknęła z przerażeniem Mama, podrywając błyskawicznie „coś” na ręce. Nie wolno! To nasz piesek, to maluszek, dziecko. To jest nasza Lola.
– NASZA! O Jezu – wycedziła przez zęby Sue.
– Nigdy! I położyła się w okolicach miski, aby wyraźnie zaznaczyć: „JA tu jem i rządzę”.
Mama zrozumiała, że Sue, która żyła tu sama tyle lat, kochana i hołubiona, nie zaakceptuje tak łatwo małej towarzyszki. Przez całe lata Sue jeździła z Państwem na wakacje, na ferie zimowe, kupowano jej ubranka i lody na plaży. A tu nagle takie coś!
Mama wierzyła jednak, że czas zmieni Sweet Sue, czyli Słodką Sue. Nie wiedziała jednak jeszcze, jak dobra i mądra jest Lola, to „Małe coś”.
Peruka
Lola była maleńką, śliczną suczką rasy yorkshire terier. Miała czarne kręcone loczki, podszyte białym puchem. Bystro patrzyła dwoma „czarnymi guzikami”. Już wtedy miała takie mądre spojrzenie, jak jej mama. Była niezwykle przyjacielska, ale i odważna. Jakby myślała: „Kto może zrobić coś małemu yoreczkowi?”.
Mama zawsze marzyła o takim piesku i teraz, kiedy była strasznie smutna po śmierci Babci, ten piesek był antidotum na jej depresję. Całe dnie Mama całowała Lolę, ubierała, nosiła na rękach. Pilnowała, aby Sue ponownie nie chciała odgryźć Loli głowy. No i bezustannie Lolę czesała. W warkoczyki, kokardeczki, koraliczki. No właśnie – czesała!
Sue nie mogła zrozumieć: „Ile można czesać psa?”. Przecież ona była tylko czasami „polerowana” rękawicą po grzbiecie i głowie. Po uszach nie. Bo już wtedy miała wytarte uszy jak zamszowa spódnica z lumpeksu.
Mama widziała, że ilekroć robi Loli kolejną nową fryzurę, Sue patrzy zazdrośnie i coraz bliżej przysuwa się do Mamy. Dla Loli było oczywiste, że yorki mają kokardki i spinki, i spokojnie czekała na nowy warkoczyk. Tak miała jej mama, babcia i siostry. Psi bracia i ojcowie przeważnie mają grzywki.
Mama, aby złagodzić nieco zazdrość Sue o czesanie i w ogóle o nowe fryzury Loli, uszyła Sue PERUKĘ.
Tak perukę! Z kawałka czarnego, sztucznego futra z długim włosem! To na tył i boki. Grzywka była zrobiona ze skrawka króliczego futra.
Co to była za peruka! Sue wyglądała w niej przepięknie. Krótka grzywka sięgała linii oczu, długie boki elegancko opadały na plecy i uszy. Wyglądała jak Nefretete.
Mama założyła tę perukę Sue i krzyknęła:
– Sue, jak ci pięknie! Tak, ty też masz teraz śliczne włosy.
A Sue siedziała nieruchomo i z dostojeństwem prezentowała swoje nowe oblicze. Wcale nie zdejmowała tego futra z głowy. Siedziała tak godzinami, mrużąc oczy.
Potem nawet zasypiała na siedząco.
Byleby tylko w peruce na głowie.
Tak, to był dobry pomysł.
Sylwester
Przyszła zima. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Sue znała ten czas i uwielbiała go. Zwłaszcza przesiadywanie w kuchni. Ciepło, zapachy pieczonego mięsa i pasztetu. No i przecież zawsze coś smakowitego mogło upaść Mamie na podłogę. A wtedy – cap! – zręcznym ruchem znikało w jamniczym pysku.
– Mmm – myślała Sue – uwielbiam to.
Ale jej stosunek do Loli wciąż się nie zmieniał. I pomimo wielu prób Loli zaproszenia do wspólnej zabawy, Sue warczała na nią złowieszczo. Dlatego Mama miała wciąż Lolę na oku.
– Nigdy cię nie zaakceptuję, a teraz idę spać – warknęła Sue.
Więc mała Lola sama biegała jak fryga, z kapciem wkoło fotela, lub kazała się komuś gonić. Swoją drogą, czy ktoś próbował złapać uciekającego yorka? Nigdy nie uda się go złapać! Ani to zając, ani wiewiórka.
A po świętach kończył się stary rok i nadchodził sylwester. Sue dobrze wiedziała, że nadchodzi z powodu pojedynczo wystrzeliwanych petard. Znała ten huk i panicznie się go bała.
O północy niebo rozbłysnęło tysiącem barwnych świateł.
Huk petard był jednak tak wielki, że Sue dostała ataku histerii. Wybałuszyła oczy i wysunęła jęzor, który jej kompletnie zsiniał. Okropnie dyszała, biegając to tu, to tam.
Mama martwiła się o nią, bo przecież Sue miała chore serce. Wzięła więc oba psy na kolana. Głaszcząc i przemawiając, czule uspakajała je.
Lola nie rozumiała całego tego zamieszania, bowiem na niej huk rozbłyskujących petard nie robił najmniejszego wrażenia.
I wtedy stała się rzecz niebywała! Lola, widząc potworną panikę Sue, wlazła jej na grzbiet przednimi łapkami i mocno ją przytrzymywała. Zaczęła ją lizać, iskać po głowie, karku i po tych wytartych uszach także. Po prostu ją uspokajała.
A Sue leżała jak sparaliżowana hukiem petard i niezwykłą czułością Loli.
Huk petard powoli umilkł, ale od tej nocy Lola i Sue stały się Przyjaciółkami. Zapanował czas wspólnych spacerów, zabawek, miski i ubranek.
Kurczak
To było ciepłe wiosenne popołudnie. Lola i Sue wracały z Tatą ze spaceru. Były na działkach, lubiły to miejsce, bo mogły hasać do woli wśród traw i kwiatów. Miały swój piękny ogród, ale tam nie było psich plotek, a na spacerze chodzi głównie o plotki. No i wiadomo – na działkach nie będzie BOKSERKI – śmiertelnego wroga Sue.
Wracały zatem leniwie, gdy nagle, już na ulicy, do psich nosów dobiegł upojny zapach pieczonego mięsa.
– Mmm..., kurczak! W domu jest pieczony kurczak – powiedziała Sue i przyspieszyła kroku.
– Co to jest kurczak? – zapytała Lola.
– Pamiętaj, najlepszy obiad dla psa, jaki jedzą ludzie, to kurczak! Chrząsteczki, pieczone skóry, no i nereczki…
– A co to są nereczki, Sue?
– Pokażę ci! Jak zjeść kość też. Mmm, kurczak. Najgorzej jak robią mielone, wtedy nic nie zostaje dla psa.
– Ale przecież Mama dla nas gotuje?
– Tak, ale nic nie zastąpi pieczonego kurczaka, nic.
Niedzielny obiad minął w miłej atmosferze. Na stole oprócz rzeczonego kurczaka były młode ziemniaczki, marchewka i kalafior, ale to psy kompletnie nie interesowało. Choć marchewkę jadały chętnie, lecz nie dziś.
Sue i Lola przebierając łapkami, czekały w napięciu na pierwsze przy stole:
„Dziękuję”.
– To hasło, tak, zaraz będzie kurczak dla nas! – Sue popędziła do kuchni, a za nią Lola. Mama sprawiedliwie podzieliła chrząstki i skórki.
A dla Sue była jedna kość.
– Patrz – powiedziała Sue – Możesz zjeść tylko to. Tam – gdzie trzyma Mama – już nie, bo się udławisz. A tu jest nereczka, mmm…
– Daj spróbować! – poprosiła Lola.
– Nie! Widziałaś reklamę ciastek? „Nie jesteś gotowa”. Pieski zjadły ze smakiem i oblizywały się apetycznie.
– Sue, Pobrudziłam sobie usta – powiedziała Lola.
– To wytrzyj się w firanę – poradziła jej Sue.
Lola posłuchała jej rady – zawzięcie tarzała się w długiej, leżącej na podłodze firanie, wydając z zadowoleniem przeciągłe – aaa…
A Mama dziwiła się: Co ta Lola robi z firaną?
Z pokoju dobiegł szelest.
– Chodź, otwierają czekoladę! Sue wybiegła z kuchni.
– Czekolada? Co to jest Sue?
– Kiedyś dawali mi czekoladę, często. Ale jakiś doktor w telewizji powiedział, że dla nas to trucizna.
– I już nie dają?
– Nie, ale może wyprosimy!
Niestety, pomimo wymownych nacisków, zwłaszcza Sue, pieski nie zostały poczęstowane czekoladą.
Ubranka
Bywa, że kiedy jest jesienna słota, no i kiedy pada już śnieg, małe pieski marzną. Należy je wtedy ubierać, zwłaszcza na spacer.
Sue miała swoją kurtkę, jesionkę. Zieloną z lamówką w szkocką kratkę, a do tego w komplecie czapeczkę z daszkiem, tak zwany kaszkiet. Ale jej nie lubiła, bo na spacerze śmiały się z niej psy.
Lola miała natomiast sukienkę z polaru, błękitną z pomarańczowym frędzlem na ogonie. Mama zrobiła tę sukienkę z dziecięcej czapki, kupionej w lumpeksie. Lola nosiła ją poprzedniej zimy i kiedy zrobiło się chłodno, Mama chciała w nią ubrać Lolę.
– Co się stało? Skurczyła się? – pytała zniecierpliwiona Mama – Nie można ci jej włożyć, Lolka! Mama próbowała i z tej, i z drugiej strony. Sukienka była dla Loli za-cia-sna.
– Hi, hi – Sue spojrzała z szyderczym uśmiechem na Lolę. Utyłaś!
I rzeczywiście, Loli pięknie urosły włosy, ale urosła też wszerz. Mama żartowała, że są takie podobne do siebie – mają długie, blond włosy i lekkie skłonności to tycia.
Szyderstwo Sue nie było eleganckie, bo co prawda, teraz zeszczuplała, ale był czas, że zwana była w domu „Salcesonką”. Tak była gruba. Jej jamniczy korpus był kompletnie pozbawiony wcięcia w talii.
Ale potem Lola dostała czarną kurtkę po Arice, jamniczce drugiej Babci. Mama obszyła tę kurtkę futrem przy szyi i różowymi ozdobami na plecach. Na ogonie była oczywiście różowa kokardka.
Teraz oba psy miały kurteczki i w paradnych strojach wychodziły na spacery. Ku radości Mamy i mijających je na ulicy ludzi. Były znane w dzielnicy z wyszukanych fryzur i strojów.
Bokserka
Życie psów mijało spokojnie na wspólnej zabawie, jedzeniu i wylegiwaniu się na kanapie. Czasami, ze śmiertelnie poważną miną, chowały przed sobą jakieś smakołyki. Nosząc je w pyskach, wydawały komiczne dźwięki. Z pietyzmem znajdowały jakieś „bezpieczne” miejsce, na przykład za firaną albo w pościeli i tam składały swoje skarby.
Czasami trzeba było przegonić z ogrodu ptaki. Zwłaszcza te, które poiły się w oczku wodnym, lub co gorsza, trzeba było pogonić kota, szczególnie Białasa. Sue robiła to tylko dla pozoru, ale trzeba przyznać, że Lola traktowała to zajęcie nader poważnie.
Jednak tylko jedno stworzenie mogło zburzyć spokój Sue i Loli – BOKSERKA.
Była to bardzo miła, ruda suczka, mieszkająca niedaleko, na sąsiedniej ulicy. Ona też często chodziła na spacery, przeważnie z piłeczką w pysku.
Ale kiedy przechodziła obok domu Sue i Loli, oba psy rzucały się z dziką furią. Wytrzeszczały zęby, tupały w bramkę. Harmider i wrzask był zawsze potworny. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się nie znoszą. I trzeba przyznać, że bokserka też nienawistnie szczekała na nasze psy. A była od nich trzy razy większa.
– Sue – zapytała Lola – Dlaczego my jej tak nie lubimy?
– Nie wiem, nie pamiętam. Ale tak trzeba. Ty też na nią szczekaj, pamiętaj. Jesteśmy rodziną, a rodzina musi być razem.
– Dobrze! Razem! – odparła Lola. I pobiegła jeszcze do bramki, by dodać, w jej mniemaniu, złowieszcze – wow.
– Ale się zdenerwowałam – powiedziała Sue. Aż mnie serce rozbolało.
Choroba
I rzeczywiście, Sue miała chore serce. Od wielu lat Mama dwa razy dziennie dawała Sue lekarstwa na serce, te które zapisał jej doktor Romkiewicz.
Ale tej jesieni Sue kaszlała coraz bardziej i chudła. Kiedy kaszlała, Lola siedziała jej na plecach przednimi łapkami i iskała ją po uszach. Jak wtedy w sylwestra. Tak dawała wyraz swojej troski, tak po swojemu o nią dbała.
Sue była jednak coraz słabsza. Mama jeździła z nią do doktora raz, drugi. Potem Mama i Tata wozili Sue codziennie na kroplówki. Lola czekała na nią w okienku na schodach. Całe dnie Sue leżała na boku, a obok pilnowała ją Lola i tak dwa tygodnie.
– Sue, kochana, co ci jest? Sue, podnieś się, proszę – mówiła cicho Lola.
Ale Sue była już naprawdę ciężko chora, beznadziejnie chora. Czasami tylko odzyskiwała przytomność, piła trochę wody i zasypiała.
I zasnęła…
Odeszła we śnie.
Po siedemnastu latach szczęśliwego psiego życia, serce Sue umilkło.
Lola była bardzo smutna. Wciąż chodziła na puste posłanie Sue. Zostały przecież wspólne zabawki i kocyk. Chodziła po ogrodzie ścieżkami, które wydeptały wspólnie z Sue. Nie mogła zrozumieć tego nagłego osamotnienia, przecież całe jej małe yorcze życie Sue była przy niej…
– Nie martw się Loluś – powiedziała Mama. Mnie też okropnie żal Sue, ale ona jest już w „psim niebie”, u świętego Franciszka, już nie cierpi.
Tato zawinął Sue w różową poszewkę od poduszki.
Mama ułożyła na niej kwiaty. Su spoczęła w małym grobiku, w pięknym podmiejskim lesie. Pełnym kwitnących kwiatów i rozświetlonym migotliwymi refleksami słońca.
Lola też ją żegnała, bardzo smutna…
Chica z Doliny Baryczy
Dom był taki pusty bez Sue, ale życie powoli zaczęło toczyć się swoim
rytmem. Lola siedziała sama w okienku i śledziła psie plotki. Żyła sobie
spokojnie i dostatnio. Spacerki, jedzonko, czesanie warkoczyków, drzemki na
kanapie. Przyjemna psia nuda. Cudowny niezmącony spokój. Cała rodzina jej nadskakiwała.
Wszyscy zachwycali się jej urodą i inteligencją. Bo mądra była bardzo,
bezsprzecznie. Aż pewnego dnia Lola podsłuchała, że w domu, na przyjęciu,
będą goście.
– A, goście, pomyślała Lola, wspaniale. Jak tak, to będzie
dużo jedzenia i da się wyprosić coś dobrego przy stole.
Trzeba przyznać, że Lola stała się ostatnio bardzo łakoma.
To przyjęcie, to urodziny Taty. A jeśli urodziny, to
prezent, ale jaki?
Tego Lola nie mogła się spodziewać.
Pewnego dnia Mama, w tajemnicy, pojechała autem za miasto. W umówione miejsce,
w Dolinie Baryczy. Była bardzo wczesna wiosna. Przyroda budziła się do życia.
Rozliczne ptactwo, zamieszkujące tę piękną dolinę, aktywnie budowało gniazda. Na
rozległej łące, w sadzie, spokojnie przechadzały się gniade konie. I radośnie
biegały śliczne, rasowe kurki.
Za sadem był duży, stary dom.
– Tak, to tutaj. Jak tu ślicznie – pomyślała Mama.
– Widać, że to szczęśliwy dom… I poszła po umówiony prezent
dla Taty.
– Została już tylko ona, bo była najmniejsza. Jej sześciu
braci już dawno opuściło gniazdo, silni i grubiutcy. A ona nie ma jeszcze
wszystkich ząbków – powiedziała z uśmiechem bardzo miła pani, która otworzyła
drzwi Mamie.
– Ojej! Jaka maleńka! – zawołała Mama. Jaka cudna, śliczna!
Miła pani podała Mamie „małe futrzane coś”. Naprawdę małe,
mieściło się w dłoni. Było białe z czarnymi uszkami i ogonkiem, i jedną łatą z
boku. Miało wielkie czarne oczka i nosek tak mały, że właściwie go
nie było. Tylko taki płaski, skórzany guziczek.
– Jaka słodka! Jesteś jak misiu Panda.
A „małe, białe coś”, radośnie poczłapało na grubych łapkach
po różowego, szmacianego prosiaczka.
– Bardzo dziękuję, będzie u nas kochana i szczęśliwa,
obiecuję – powiedziała Mama. I zabrała „małe coś” do auta, owinięte w miękki
kocyk. Razem ze szmacianym prosiaczkiem.
– Jak ją Pani nazwie? – zapytała miła pani na pożegnanie.
– Chica! – odpowiedziała Mama.
– Jej mama ma na imię Mika!
Mama uśmiechnęła się, ucałowała w ucho Mikę i szepnęła: dziękuję
ci za twoją śliczna córkę.
Odjechała z Chicą do domu.
Urodziny
Wszystkiego najlepszego, bądź zdrowy i szczęśliwy Kochany.
A to twój prezent! I Mama podała zawiniątko w kocyku Tacie. – Ojej! – żachnął się Tata ze zdziwieniem.
– Co to jest?
Postawił „białe, futrzane coś” na podłodze.
Lola zdębiała. Zrobiła gigantyczne oczy, tak jakby cała „się powiększyła”.
– O matko – warknęła Lola.
– Co to jest? To kot? Kot! Nie to
małpa!
Zaczęła biegać nerwowo. Z daleka powąchała „coś”.
– Matko, to pies? Nie ma takich psów!
– Lola była bliska załamania. Obraziła się ciężko. Wskoczyła na kanapę, „świat jej się zawalił”.
Kątem oka obserwowała „białe coś”, które bardzo nieśmiałe, ze smutną minką,
siedziało w pudełku. Oczywiście, z różowym szmacianym prosiaczkiem, zabranym z
rodzinnego domu.
Goście zaczęli się powoli schodzić, na urodzinowe przyjęcie
Taty.
Mama już od progu, dyskretnie prosiła gości: nie
zachwycajcie się tak od razu tą małą. Najpierw Lolą, jest najważniejsza. Nie
może czuć się teraz nagle odtrącona. Przecież ją najbardziej kochamy.
I rzeczywiście, goście z atencją witali Lolę pierwszą,
głośno podziwiali fryzurę. Podawano małe snacki, które uwielbiła.
Ale Lola
miała dziwną minę, jakby „coś śmierdziało”.
Bardzo była zdegustowana. Biały zaś
futrzak powoli wychodził z pudełka.
– Nie dam jej swojego łóżeczka, nie dam jedzenia. I niech
nie pije wody z mojej miski, bo zwymiotuję – panikowała zazdrosna Lola.
Pochoruję się specjalnie i na nią nakaszlę.
– I gdzie „to” będzie spało?! Nie, nie w sypialni. Jest
tylko moja i cała dla mnie. Zwłaszcza łóżko! Niech śpi w piwnicy! – denerwowała się Lola.
Przyjęcie bardzo się udało. Zadowoleni goście już poszli. Nastała noc. Mama przytuliła czule Lolę i spokojnie jej tłumaczyła.
– Lolu, kochana, ty jesteś najważniejsza. Ciebie kochamy
najbardziej. Podziwiamy, jaka jesteś mądra i piękna. Ale teraz masz „młodszą
siostrę”. Polub ją proszę. Bądź dla niej dobra. Będziecie razem szczęśliwsze.
Będzie ci z nią weselej.
A pamiętasz, jak tu przyszłaś do nas taka maleńka?
A Słodka
Su była dla ciebie niemiła?
A potem ujęłaś ją swoją mądrością, sercem i odwagą…
I stałyście się najlepszymi przyjaciółkami. Kochałaś ją przecież, pamiętasz? – mówiła
łagodnie Mama.
Lola westchnęła ciężko.
– Bądź dla niej dobra – prosiła Mama.
– No nie wiem – warknęła Lola.
„Futrzak” płakał czasami w nocy, śpiąc obok Mamy łóżka w
posłaniu. Mama przytulała go, głaskała i zasypiał.
Ale nie Lola.
Budziła wszystkich o świcie, paradując
prowokacyjnie na łóżku.
– Ha, ha, ha, ale tu nie wejdziesz, nigdy! Jesteś MAŁA!
Lola korzystała jeszcze inaczej z obecności Cicy.
Otóż, jako
znany i sprytny łakomczuszek, wymuszała karmienie, że niby dla Chicy. A potem
szybko, nie pilnowana, zjadała porcję szczeniaka.
– Szybko widać było tego skutki. Utyła.
Lato
Czas mijał. Biały futrzak rósł, nabierał wigoru i charakteru. Okazał się
być nie kotem i nie małpą, a psem rasy shih tzu. Nie był lękliwy. Przeciwnie,
prowokował Lolę do zabawy. Tupał nóżkami, podrzucał zabawki lub marchewkę, w
zapraszającym geście.
– Baw się! Baw… prosiła Chica.
– Nie, godność psa mi nie pozwala. No i jestem puszysta –
odpowiedziała z dumą Lola.
– Puszysta, bawisz się w „oddaj kurito”? – Chica wesoło
podrzucała gumowego kurczaka. – Oburzające – bąknęła Lola i pomaszerowała z gracją do domu.
Zagryźć kurita! – powtarzała wesoło Chica, rzucając sobie na plecy gumowego
kurczaka.
– Tylko dlaczego nie mogę go ugryźć?...
– Ale go ugryzę.
Nadeszło upalne lato. Pieski spędzały dużo czasu w ogrodzie. Chica lubiła zwłaszcza penetrować teren wokół oczka wodnego,
bo mogła tam gonić pojące się koty i ptaszki, tak jak kiedyś Lola, gdy była
mała. Chica przyglądała się też pomarańczowym rybkom.
Mama i Tato czytali coś nieopodal, gdy nagle usłyszeli
głębokie – Plum! – Ojej! To Chica skoczyła do wody! – krzyknęła Mama.
A Chicusia z upodobaniem pływała w wodzie…, cała zielona od
glonów. Trzeba przyznać, że pływała bardzo elegancko.
– Ty łobuzie zielony! No, ufopiesek po prostu, wyłaź! I
Chicusia wyszła…
Z białej, puchatej kulki stała się maleńką, mizerną foczką.
Trzykrotnie straciła z objętości. Widać było tylko te wielkie oczy. To była w
ogóle pierwsza w życiu kąpiel Chicy.
– Aha! powiedziała Lola i zaświeciły jej się oczy.
– To ty
jesteś takim mikrusem! No to cię złapię i usadzę. I pobiegła pędem za Chicą.
Złapała ją, chwyciła ząbkami za kark i chwilę przytrzymała. Uśmiechnięta Chica
zniosła to spokojnie. Nie wiadomo dlaczego, ale od tej pory pieski stały się
przyjaciółkami. Choć to Lola rządziła i decydowała w każdej psiej sprawie.
– Ostatecznie… mogę się z tobą kumplować. Ale pamiętaj, to
ja tu rządzę – powiedziała majestatycznie Lola.
– Dobrze Lolu – odpowiedziała grzecznie Chica.
Mówię, co robimy, gdzie idziemy, z kim się lubimy, a z kim
nie. – Dobrze Lolu.
– Jak kogoś napadam, to ty też, bo jesteśmy razem, sforą
z jednej rodziny.
Te słowa były Loli dobrze znane. Tak właśnie mówiła do niej
kiedyś słodka Sue.
Cóż… historia się powtarza.
– Lolu, a mogę kąsnąć cię w ucho? – zapytała psotnie Chica.
Pociągnęła lekko dużego psa za ucho, no i zaczęła się
radosna „kotłowanina”.
Płask i Szpic
Choć Mama nie przyznawała się do tego oficjalnie, pieski sypiały w łóżku
Mamy i Taty. A właściwie noc zaczynały w swoich posłankach, później, nie
wiadomo kiedy wskakiwały do łóżka. Bardzo się tam panosząc.
Czasem było już tak ciasno, że trzeba było w półśnie
odnaleźć w pieleszach pieska i go przesunąć. Mama szukała ręką głowy. Jeśli
były tam spiczaste uszy i nos, to był york, zwany Szpicem. Jeśli zaś długie
uszy i płaski nos, to shih tzu, czyli Płask.
– Masz piękny nos Lolu – powiedziała Chica.
– Dziękuję, wiem. Mam prosty nos, Mama mówi, że rzymski.
– A ja jaki mam?
– Ty nie masz wcale, albo jakiś taki… krótki.
– O, krótki to też ładny!
– Nie wiem.
– A ja mam rzymski, krótki! – powiedziała Chica i pobiegła
wesoło, powtarzając: rzymski krótki, krótki, rzymski, rzymski, krótki…
W domu pieski nazywane też były Małym Psem – Chica i Dużym
Psem – Lola. Co jest o tyle śmieszne, że oba wszak są małe. Ale to z szacunku
do Loli, przewodniczki stada.
Gwiazdy
Lato dojrzewało, potem przyszła słotna jesień.
Chica dostała swoją pierwszą kurteczkę. Chabrową z
kapturkiem i futerkiem. Lola miała już tę czarną i zieloną jesionkę po Sue.
Mama ubrała Chice kurtkę, ale kaptur zasłonił jej oczka i
cały płaski pyszczek.
– Lola, nic nie widzę, weź to! – denerwowała się Chica.
– Ha, ale ci w tym głupio! – śmiała się Lola.
Mama ubrała
Lolę.
– Oj, coś się zmniejszyła znowu ta kurteczka – zauważyła ze
uśmiechem Mama. Chica skakała po plecach Loli z radością.
– A ty też głupio wyglądasz. Wskurczyłaś tę kurtkę.
– Cicho: powiedziała niezadowolona Lola.
Pieski pomaszerowały na spacer i na zakupy w Złotej Rybce, renomowanym na osiedlu sklepie dla zwierząt. Wyglądały ślicznie w płaszczykach i warkoczykach z
kokardkami.
Kiedyś, gdy nie było jeszcze Chicy, jakaś mała dziewczynka
zachwycona widokiem Loli, powiedziała do swojej mamy.
– O, jaka śliczna, taka „dziewczynka piesek”. Lola istotnie
miała „ludzką twarz”.
A teraz, na tym spacerze, mały chłopiec, mijając Chicę i
Lolę, zauważył: – Jakie piękne pieski, takie…, takie idealne!
Mama uśmiechnęła się i powiedziała do taty dziecka:
– Ma pan niezwykłe mądrego synka.
Pomyślała: Tylko dzieci mają w sobie tyle wrażliwości, by
tak pięknie oceniać świat.
Sympatyczna Pani w Złotej Rybce, gdy zobaczyła pieski, zawołała: – Ojej, jakie one cudne, takie eleganckie. Czy mogę im
zrobić zdjęcie? Umieszczę je na naszej sklepowej stronie w internecie.
– Bardzo proszę – powiedział zadowolony Tato. I pieski
zaczęły pozować do zdjęć.
– Posuń się – powiedziała Lola – bo mi głowę zasłaniasz.
Stój, nie umiesz pozować, ja umiem, Mama tak mówi.
– Też umiem, wiesz. Chica patrzyła prosto w obiektyw.
– Weź ogon do góry! – powiedziała Lola. – Zawsze mam do góry – odparła Chica. – Nie do góry tylko w precla, albo świński. – A jaki to jest świński? – Zakręcony.
– O, to też piękny – powiedziała Chica.
– Stójcie pieski grzecznie! Jeszcze raz! Iii… już! Super.
Pani w Złotej Rybce była zachwycona.
– A tu… proszę nagroda za sesję zdjęciową!
Ooo, ummm… – pieski
radośnie piszczały. I zjadły ze smakiem po snacku, który dostały od Pani.
Następnego dnia na Facebooku ukazały się piękne zdjęcia Loli i Chicy z podpisem: Nasze Gwiazdy. Prawdziwe psie celebrytki.
Ale gdy pieski wesołe wracały do domu, zdarzyła się naprawdę niebezpieczna sytuacja.
Otóż, Lola szła na skraju chodnika, wchodząc i schodząc co raz na jezdnię. Jak na trzynastoletniego yorka wyglądała pięknie, ale miała problemy ze słuchem. Właściwie mało co już słyszała.
Nagle z lewej strony nadjechał bardzo szybko srebrny samochód.
– Lola! – krzyknęła Chica. Ale Lola nie usłyszała!
Chica więc gwałtownie cofnęła się i szarpnęła za sobą Lolę. Z powrotem na chodnik. Ich smycze były bowiem połączone.
Srebrne auto śmignęło z piskiem.
– Lola! Nie widziałaś?
– Nie, dziękuję ci Chicusiu. Miałam nos przy ziemi, niuchałam plotki. Uratowałaś mnie? Dziękuję.
– Nie ma za co.
– Jest.
Lola wyraźnie się przestraszyła.
Zdenerwował się też Tato, który mało nie upadł.
– To szaleniec jakiś! Tu nie wolno tak szybko jeździć! – krzyknął Tato.
Po powrocie pieski układały się do snu.
– Lolu, czy ty mnie kochasz?
– Obleci – bąknęła Lola, zwijając się w kłębek.
– Bo ja ciebie to bardzo kocham. Jesteś moją siostrą, prawda?
– Cicho, śpię.
– Ja ciebie też kocham – powiedziała po długim namyśle cichutko Lola.
Spacer
Pewnego dnia Tato, jak zwykle zabrał Lolę na spacer. Chica została w domu, bo miała katar w tym swoim krótkim, rzymskim nosku. Tato zapytał:
– No, którędy chcesz iść?
Lola spojrzała w jedną, potem w drugą stronę. Chwilę się zawahała i pobiegła w stronę ruchliwej ulicy. Biegła beztrosko, gdy wtem, stanęła jak wryta…
Jakiś wewnętrzny głos krzyczał do niej:
– Stój, Stop! Lola, nie idź tam, Stój!!. Stała tak chwilę, zaniepokojona.
Tato lekko ją pociągnął
– Chodź Lola.
Ona jednak za nic nie chciała iść dalej, tylko podniosła łapki, aby wziął ją szybko na ręce.
I wtem, wprost zza rogu ulicy, którego płot porastał gęsty bluszcz, wybiegła bokserka! Sama, bez smyczy i kagańca. Wściekła, z pianą na pysku skoczyła w stronę Loli. Bulgocząc nerwowo, krążyła wokół Taty z yorkiem na rękach.
– O Boże, Lola, jakie to szczęście, że podniosłem cię na ręce. Pewnie by cię rozszarpała! Skąd wiedziałaś, że ona przybiegnie?
Lola przerażona patrzyła z góry na rozzłoszczoną bokserkę. Bo przecież czymś innym jest obszczekiwanie wroga przez płot, a zupełnie co innego spotkać go pysk w pysk.
– Jak to dobrze Sue, że w porę ostrzegłaś Lolę. Spotkanie bokserki było dla niej naprawdę niebezpieczne.
– Tak, Ciziu. Stale jej pilnuję. Tak jak ty mnie pilnowałaś. Zawsze będę przy Loli – powiedziała Sue.
– A Chica?
– Chicą, też się będę zawsze opiekować, chociaż mnie nie znała. Ale Lola jej opowiedziała, o wszystkim.
– Tak.
Psie Aniołki zatrzepotały lekko skrzydełkami. Sue poprawiła sobie nieco przekrzywioną na jedno ucho aureolę. A uszka znów miała piękne, czarne i jedwabiście aksamitne.
– To co, Sue, polecimy zobaczyć, co robią koty?
– Dobrze Ciziu, pogonimy je trochę w ich „kocim niebie”. I zabierzmy Arikę!
I poleciały, ale tylko na chwileczkę, bo przecież musiały wrócić, aby pilnować Loli i Chicy, na ziemi.
Pamięci moich jamniczek – Cizi i Słodkiej Sue